Z Tatr akt pierwszy

    Pora na zmierzenie się ze wspomnieniami z miejsca, które zapadło mi w pamięć tak głęboko (i mokro)  jak Rów Mariański. Otóż około godziny 10 zwlec się z wyra zdołałam i doszłam do wniosku, że tak na rozgrzewkę to warto by było przejść się w Dolinę Kościeliską. Równa, malownicza droga, co z tego że lekko się chmurzy, przecież parasolki są i pelerynka też jakaś się znajdzie. Z racji, że nikt nie miał siły protestować, to pomysł się przyjął. Już z początku jakieś negatywne fluidy dało się wyczuć; parking drogi, bilety do parku kupić też trzeba, a tu nawet się jeszcze wyprawa nie zaczęła... 

   Kilkanaście minut, 8 spalonych kalorii i zjedzona kanapka (dla zachowania bilansu energetycznego) później pierwsze krople deszczu musnęły moją skórę. Właściwie to siepnęły z nieba zmuszając do kapitulacji w nierównej walce z Matką Naturą - odziałam się w me poliestrowe łachmany i powoli sunęłam do przodu. Wraz ze wzrostem nasilenia opadów zmniejszała się nieprzemakalność mojej kurtki - i chęć kontynuowania wędrówki. "No, ale zapłacone, to trzeba dojść do końca, zawsze można zawrócić, gdy będzie gorzej''. Otóż nie do końca tak jest.

Rzeka rwąca do przodu jak ja w tamtej chwili.
   Decyzję o odwrocie podjęłam wylewając wodę z butów. Kilka kilometrów wydłużyło się w trasę Tour de France z ostrymi kroplami deszczu drażniącymi twarz. Potykając się o śliskie kamienie z trudem dotarłam do parkingu, na którym co chwila słyszałam ''Poczekaj! Jeszcze muszę majtki wyżąć". Udało mi się przetrwać. Ledwo. Tego dnia jedna para butów została wyeliminowana.
   Następnego dnia należało się zrelaksować, odpocząć (i wyschnąć) po zwiedzaniu kałuż Doliny Kościeliskiej. Stanęło na przedzieraniu się przez ścianę deszczu w Tatrzańskim Parku Narodowym. Druga para butów odeszła w zapomnienie.
    Na pocieszenie postanowiłam wjechać kolejką na Gubałówkę. Zdjęcie zamieszczone poniżej ukazuje kapryśną aurę. Choć może to góry zawstydzone, okryły się chmurkami. Każdy ma prawo do odrobiny prywatności, czyż nie?
Gdzieś tam w tle są góry.
    Bardzo doświadczona przez złe warunki atmosferyczne dałam sobie ostatnią szansę - dziewczyno, bierzesz trzecią, jedyną ocalałą parę butów, wsiadasz w busa i zasuwasz nad Morskie Oko.
  Nie wiem jak tego dokonałam, nadal muszę się szczypać, ponieważ wlazłam (wczołgałam się) na górę. Miejscami było ciężko, w potoku moczyłam twarz, żeby zamaskować pot i łzy. Wydawać by się mogło, że każde kolejne wejście nad Morskie Oko będzie łatwiejsze, ale u mnie jest odwrotnie. No, ale pokonałam samą siebie. Popatrzyłam na majestatyczne jezioro i udałam się cała w pląsach w drogę powrotną. Przez chwilę poczułam się jak bohaterka, chowając swą foliową pelerynę do plecaka (tym razem zadbałam o odpowiednie okrycie). Wróciłam sucha, nie licząc potu oraz pełna nadziei na dalsze wspaniałe przeżycia.
   Zanim zdążyłam zasnąć, obudziły mnie bolące mięśnie krzyczące: - ''Co ty najlepszego wyprawiasz!? Sportu Ci się zachciało! Opamiętaj się kanapowcu!".  Już wiedziałam, że nowy dzień przyniesie kolejną dawkę emocji. Nie mogłam się doczekać. Byłam gotowa podjąć wyzwanie.
C.d.n.

Komentarze

Popularne posty