Prolog z Tatr

   Droga w góry to nie bułka z masłem. Na takie frykasy pozwolić sobie można dopiero osiągnąwszy destynację, by uniknąć nudności (bynajmniej nie nudów, o nie!). Genialnym pomysłem jest zerwanie się z łóżka w godzinach tak wczesnych, że aż wczorajszych, przejazd opustoszałymi, zamglonymi szosami ścigając się z pierwszymi promykami słońca. O porze tak wczesnej, że toalety na pierwszym postoju są jeszcze nieczynne, "okłódkowane" i pozostające w sferze daleko idących fantazji.
   Ranek niesie ze sobą wiele pozytywnych aspektów - m.in. swobodę rozkoszowania się wschodem słońca, samotnych spacerów i wsłuchiwania się w ciszę. Tak było w Chęcinach, kameralnych ruinach XIII - wiecznego zameczku, do którego o 6 rano nie docierał zgiełk współczesnego świata, za to wyczuwalna była słodka aura tajemniczości. To tu, na 3 godziny przed otwarciem bram dla tabunów zwiedzających można było zatrzymać się, odetchnąć i ruszyć w dalszą drogę (miejscami przez mękę). 

Armata jako jedyna nie wymagała czekania na otwarcie i można było cyknąć sobie z nią foteczkę (za to las w tle bujny!).
Panorama Chęcin o 6 rano
Panorama Chęcin o 6 rano, bez tłumów, bez hałasu. Czysty (i zasłużony po trudach wspinaczki) relaks na ławeczce.
   Jadąc, co kilka minut zadawałam sobie pytanie - ,,No dobra, gdzie te Tatry? Przecież powinny już tu być, powinno być je widać, ostatnio byłam to były, coś jest nie halo!". Było halo, tylko mgła zeszła i chmurki, widoczność zerowa, aura deszczowa, kryzys egzystencji. ,,No i po co było pakować te "tszerty"? A wszyscy mówili:" Nad morze jedź, na plażę, a nie w góry się pchasz jak jakiś szaleniec!". Sytuacja napięta, humor zepsuty, aż ... spadł deszcz. Siarczysty, porządny, rwący niczym górski potok deszcz, zmył całe to paskudztwo i mym oczom ukazały się góry w całym swym majestacie i okazałości.
widok na góry, Cyrhla, Tatry

Cyrhla
Kiedy codzienność daje popalić - mała chatka w górach czeka - tu nie można popalać (zakaz obowiązuje także życie).

   Pora na zmierzenie się ze wspomnieniami z miejsca, które zapadło mi w pamięć tak głęboko (i mokro)  jak Rów Mariański. Otóż około godziny 10 zwlec się z wyra zdołałam i doszłam do wniosku, że tak na rozgrzewkę to warto by było przejść się w Dolinę Kościeliską. Równa, malownicza droga, co z tego że lekko się chmurzy, przecież parasolki są i pelerynka też jakaś się znajdzie. Z racji, że nikt nie miał siły protestować, to pomysł się przyjął. Już z początku jakieś negatywne fluidy dało się wyczuć; parking drogi, bilety do parku kupić też trzeba, a tu nawet się jeszcze wyprawa nie zaczęła... c.d.n.

Komentarze

Popularne posty